Artykuły, które pojawiły się w prasie po koncercie
"Muzyka bogactwem duszy"

WYWIAD z Wojciechem Kilarem

Reaguję na każdy sygnał z Rzeszowa

MAGDALENA ŻURAD: Czy przyjazdy do Rzeszowa to taki Pański powrót do przeszłości?
WOJCIECH KILAR: Zaletą Rzeszowa jest to, że spotykają mnie tu miłe niespodzianki. W piątek wyszedłem na spacer. Zaczepił mnie pan, którego spotkałem kiedyś we Wrocławiu. Okazało się, że pamiętamy tych samych nauczycieli, zaczęliśmy ich wspominać. Nie mogliśmy tylko przypomnieć sobie nazwiska katechety, na którego mówiliśmy "Kanar" - zupełnie dziś nie pamiętam dlaczego. Te pobyty w Rzeszowie są dla mnie coraz bardziej wzruszające. W sierpniu chciałem odpocząć i zastanawiałem się, gdzie by tu pojechać - może w góry albo nad morze. Wsiadłem w samochód i przyjechałem do Rzeszowa, bo tu najlepiej się czuję. Na sygnał trąbki wzywającej do Rzeszowa reaguję natychmiast. Moja żona już poznaje, skąd miałem telefon. Zwykle jestem skwaszony, ale jeśli jestem radosny - to od razu wie, że dzwonili z Rzeszowa.
Jak się Panu podoba dzisiejszy Rzeszów?
- To piękne miasto. Gdy tu mieszkałem - na Paniadze było okropnie ciemno, żeby wypatrzyć dziewczynę, z którą chciało się porozmawiać, trzeba było bardzo wysilać wzrok. No i powiedzmy szczerze, Rzeszów był bardzo brzydki. Dziś ze wzruszeniem patrzę na Scheiterówkę, pięknie odremontowaną kamienicę na ul. Grunwaldzkiej, w której mieszkaliśmy, uroczy Rynek, odnowioną ul. 3 Maja. Przyznaję, że dwa lata temu, po wyborach samorządowych, miałem dziwne odczucia. Kiedyś jednak miałem okazję być przy rozmowie ludzi, którzy mimo że byli różnych opcji, potrafili się dogadać i którym chodziło o dobro miasta. Jeśli tak jest rzeczywiście - to bardzo dobrze.
Podkreśla Pan, że komponowanie muzyki do filmów jest tylko sposobem zarabiania na życie. Ale to dzięki temu zyskał Pan popularność nieporównywalną do popularności żadnego innego kompozytora muzyki poważnej.
- Mógłbym żyć z muzyki poważnej, bo moje utwory są często wykonywane, ale dzięki muzyce filmowej mogę żyć na lepszym poziomie, jeździć bardzo dobrym samochodem, podróżować po świecie. Ale gdybym oszalał na punkcie złotego cielca, mieszkałbym dziś w Hollywood i zarabiał straszne pieniądze. Nie napisałbym natomiast szeregu ważnych dla mnie utworów, które świadczą o mnie samym. Trudno traktować pisanie do filmu jako sztukę. To jest przemysł, interes, w którym ja jestem tylko wynajętym człowiekiem, jednym z wielu. Wczoraj oglądałem w telewizji "Draculę" Coppoli. Muzyka w tym filmie jest daleka od tego, co napisałem. Pisanie muzyki filmowej nie daje więc wielkiej satysfakcji. Jedyną niewątpliwą jest honorarium. Koncert, symfonia czy msza są to dla mnie rzeczy znacznie ważniejsze niż napisanie muzyki do filmu. Film jest przyjemnym oddechem. Dzięki niemu zwiedziłem kawał świata. Ale kiedy jestem zajęty pisaniem utworu symfonicznego, to nie ma takiej możliwości, żebym oderwał się od niego dla filmu.
Czy wie Pan, że z pańskich tematów zrobiono dzwonki do telefonów komórkowych?
- Oczywiście, musiałem na to wyrazić zgodę.
W jaki sposób dobiera Pan scenariusze?
- Najważniejsze jest nazwisko reżysera. Moimi ulubionymi są Coppola, Scorsese i de Palma. Niestety temu ostatniemu musiałem niedawno odmówić. Dostałem propozycję napisania muzyki do filmu "Femme fatale", ale jego terminy zbiegły się z terminami "Pianisty". Mimo że warunki finansowe zaproponowane przez producentów "Femme fatale" były atrakcyjniejsze, wybrałem Polańskiego. Zdecydował temat filmu i nasza wieloletnia znajomość z Polańskim. Jak się pracuje z największymi reżyserami? - Coppola dał mi wolną rękę. Mogłem pisać to, co chciałem. Inaczej jest z Polańskim, który jest perfekcjonistą. Na małym telewizorku puszczaliśmy fragmenty filmu, a ja grałem na fortepianie. W ten sposób dopracowywaliśmy szczegóły kompozycji. Bardzo dobrze pracowało mi się z Jane Campion przy "Portrecie damy". Dawała mi delikatne wskazówki.
Nigdy nie napisał Pan muzyki do filmu akcji. Nie dostaje Pan takich propozycji czy po prostu to Panu nie odpowiada?
- Propozycje dostaję. Miałem napisać muzykę do filmu Jean-Claude'a Van Damme'a "Quest". Byłem na planie filmowym w Tajlandii, Van Damme to przemiły i uroczy człowiek. Pokazano mi pierwszych 20 minut nakręconego materiału i zrezygnowałem. To nie dla mnie. Odrzuciłem też propozycję napisania muzyki do francuskiego filmu "Braterstwo wilków" i teraz trochę żałuje, bo okazał się nie być taki zły.
A co z "Władcą pierścieni". Mimo wstępnych planów nie napisał Pan muzyki do tego wielkiego przeboju kinowego.
- Reżyser Peter Jackson bardzo chciał, żebym napisał muzykę do tej Trylogii. Dostałem nawet scenariusz opatrzony na każdej stronie moim nazwiskiem, żeby zabezpieczyć go przed wyciekiem w niepowołane ręce. Nie zgodziło się jednak studio filmowe. Okazało się, że Pan Bóg czuwał nade mną. To byłby ogrom pra-cy. Kompozytor spędził półtora roku na planie w Nowej Zelandii. To byłoby ponad moje siły.
Nad czym Pan teraz pracuje? To muzyka filmowa czy tzw. poważna?
-Kończę moją czwartą symfonię, która tak naprawdę jest druga, bo dwie pierwsze były szkolne. Prapremiera odbędzie się we wrześniu przyszłego roku w Warszawie. Na razie nie piszę filmowej muzyki, choć ciągle dostaję propozycje. Nawet wczoraj w Rzeszowie dostałem telefon od agenta z propozycją napisania muzyki do filmu George'a Sluizera, reżysera filmu "Zniknięcie", z Kieferem Sutherlandem i Sandrą Bullock.
GAZETA WYBORCZA RZESZÓW Poniedziałek 22 listopada 2004
SPOTKANIE z kompozytorem

Magiczne miejsce Kilara

Wybitnego kompozytora Wojciecha Kilara można było w piątek spotkać na spacerze w Rzeszowie. Artysta podziwiał centrum miasta i odnowioną kamienicę Scheittera na ul. Grunwaldzkiej, w której kiedyś mieszkał.

Wczoraj Kilar spotkał się z uczniami Zespołu Szkół Muzycznych nr 2, którego jest patronem. Dziś będzie gościem koncertu charytatywnego.

Wystrojone w białe bluzeczki dziewczynki w pierwszym rzędzie podekscytowane czekały na pojawienie się kompozytora. Na karteczkach miały przygotowane pytania. - My mówiłyśmy, o co chcemy zapytać, a pani pomagała nam układać pytania - opowiada Ania z piątej klasy. Wreszcie jest. Skromny i życzliwy, przyjął od dzieci prezenty: własnoręcznie wykonane albumy i ozdoby choinkowe. Zajął w auli miejsce, gdzie dawniej stał fortepian, przy którym przed wielu laty pobierał lekcje. - Dokładnie w tym miejscu, gdzie teraz siedzę, spotkałem ludzi, dzięki którym moja droga życiowa potoczyła się w taki sposób - podkreślał. - Czuję się tu jak w domu. To jest dla mnie magiczne miejsce. Cieszę się coraz bardziej z tej szkoły - mówił. Na zakończenie kompozytor sfotografował się - z uczniami i cierpliwie rozdawał autografy.

O co pytały dzieci:

Jak się komponuje muzykę do filmu?
- Ogląda się film, ustala z reżyserem, w którym miejscu ma być muzyka, i się ją pisze... Potem reżyser tę muzykę tnie, powtarza fragmenty, tak że kompozytor sam jej nie może rozpoznać.
Co szczególnego zostało Panu po latach edukacji w Rzeszowie?
- Jeszcze we Lwowie nauka gry szła mi ciężko, nie bardzo mi się to podobało. Dopiero tu, dzięki moim profesorom, pokochałem muzykę i sam zacząłem komponować, poczułem, że to mój świat. Dlatego to, co się stało w tej szkole, uważam za najważniejszy moment mojego życia. To tu zapadły decyzje, które zaważyły na całym moim życiu. Jestem wdzięczny tym ludziom i temu miastu, bo gdybym tu nie trafił, nie wiem, co by się ze mną stało. Tu wszystko się zdarzyło. Dlatego chcę wam dać radę: doceńcie to, co macie teraz, swoich profesorów, bo od nich zależy wasze dalsze życie, to teraz zapadają najważniejsze wybory. To, co się stanie potem, będzie tylko ich konsekwencją.
Dlaczego zainteresował się Pan muzyką filmową?
- To mną się zainteresowano. A mnie wciągnęła magia filmu, ten świat mnie zafascynował. Poza tym dzięki filmowi uzyskałem niezależność finansową. Nie muszę robić rzeczy, do których się kompletnie nie nadaję - nie musiałem uczyć i dyrygować. Film stawia też przede mną zadania, których normalnie nigdy bym się nie imał, np. napisanie poloneza, walca, marszu. Film to jest jednak przemysł, interes, w którym jestem tylko wynajętym człowiekiem -jednym z wielu. Do kina idzie się na aktorów, nie na kompozytora,
not. MŻ
GAZETA WYBORCZA RZESZÓW Sobota 20 listopada 2004
Powrót do strony: Muzyka Bogactwem Duszy